Media Czytelnia Świadectwa Pan jest mocą moją i pieśnią moją, i zbawieniem moim - Izaj. 12,2
wrzesień 2014
P W Ś C Pt S N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 1 2 3 4 5
Śr Wrz 03 @18:00 - 19:00
Nabożeństwo środowe
N Wrz 07 @10:00 - 12:00
Nabożeństwo niedzielne
Śr Wrz 10 @18:00 - 19:00
Nabożeństwo środowe
N Wrz 14 @10:00 - 12:00
Nabożeństwo niedzielne

Pan jest mocą moją i pieśnią moją, i zbawieniem moim - Izaj. 12,2

Odkąd pamiętam zawsze "czegoś" chciałam, za "czymś" tęskniłam, "czegoś" szukałam. Wiedziałam czego, ale nie umiałam tego nazwać - dziwnie brzmi, ale tak właśnie było. Nie miałam dość odwagi, czy ochoty, żeby "iść w świat" i zbierać tzw. doświadczenia - czułam się inna, czasem gorsza, czasem lepsza - wolałam życie w hermetycznym świecie wyobraźni i literatury - w gruncie rzeczy bardzo puste i samotne. Marzenia i ambicje przeplatały się z kompleksami i poczuciem niespełnienia. Dużo myślałam - o sobie, o ludziach, o tym, jak żyć lub jak nie żyć... również o Bogu. Był kimś interesującym i odległym, potem kimś już tylko odległym, potem doszłam do wniosku, że nie może istnieć. Mówiłam o sobie "ateistka" i byłam z tego bardzo dumna. Nie wierzyłam w miłość.

Studia polonistyczne jeszcze bardziej upewniły mnie, że wszystko jest względne i nie ma jednej, konkretnej prawdy. Z zapałem poznawałam filozofię i antropologię. Zaczęłam pisać pracę magisterską u jednej z największych sław literaturoznawstwa i... było mi coraz ciężej. W końcu niczego nie potrafiłam pozbierać w całość, nazwać, ułożyć - tak jakby cała obfitość teorii, światopoglądów, refleksji, słowem, wszystko, co mądrzy ludzie przemyśleli i zapisali, zwaliło się na mnie z wielkim łoskotem. To, co zostało, to żal, że nie jestem w stanie chociaż odrobinę pojąć siebie i życia, wyjść do innych, cieszyć się z tego, z czego na ogół cieszą się ludzie. Straciłam motywację, poczucie własnej wartości i kilka innych ważnych rzeczy, które stopniowo zamieniałam na ponurą izolację.

Pewnego dnia na Nowym Świecie podeszły do mnie dwie dziewczyny z Biblią w rękach i zapytały, czy znam Jezusa Chrystusa. Nie pierwszy raz w tym miejscu ktoś powiadamiał mnie o tym, że jestem grzeszna, że Syn Boży umarł za mnie i że mogę być zbawiona. Myślałam zawsze: SEKTA i grzecznie dziękowałam za rozmowę. Tym razem miałam ochotę podyskutować. Nie po to, żeby się czegoś dowiedzieć - uważałam że znam Biblię i osobę Jezusa - ale po to, żeby potwierdzić swoją pewność, iż chrześcijaństwo to teoria dla naiwnych i zająć się tym, co lubię - trochę sobie pofilozofować. Dość szybko okazało się, że tak naprawdę nie mam pojęcia o Piśmie Świętym i o Ewangelii.

Zaczęły się regularne spotkania i czytanie Słowa. Wciągało mnie to coraz bardziej. Byłam ambitna, wiec postanowiłam: Poznam i zrozumiem Biblię. Dowiem się, kim i jaki jest Bóg. Niestety, lektura z takim nastawieniem nie przyniosła wtedy wiele dobrego. Czułam się zmęczona i sfrustrowana. Po raz kolejny doszłam do wniosku, że to, czego bym chciała, czego pragnę gdzieś najgłębiej w sobie, nie istnieje.

W połowie piątego roku musiałam przerwać studia na wydziale i większość kontaktów z otoczeniem - depresja pozbawiła mnie chęci do życia. Rozpoczął się okres bezsenności, lęków, obezwładniających stanów beznadziei. Przeszłość bolała, teraźniejszość była nie do zniesienia, przyszłości w ogóle nie było. W sumie niewiele z tego pamiętam, poza tym, że potwornie się bałam.

Po kilku miesiącach, dzięki lekom, zaczęłam jakoś funkcjonować - jakoś "od początku" - bez poglądów, przemyśleń, planów. Bardzo ostrożnie. Powoli. Dziewczyny z Kościoła, w którym studiowałam Biblię, odzywały się co jakiś czas, proponując powrót do wspólnej lektury Pisma, Zgodziłam się na kilka spotkań. Może tylko po to, żeby po wielu tygodniach bezruchu wyjść z domu, coś zrobić. Właściwie nic się nie zmieniło... a jednak...

Tym razem nie miałam już siły na prowadzenie wojen intelektualnych i uczuciowych. Uświadomiłam sobie swoją bezsilność, to, że nigdy nie odnajdę Boga w ten sposób - oceniając Go, dywagując, układając Jego wizerunek według własnych wyobrażeń. Poczułam, że tak naprawdę nic w tej chwili nie mogę oprócz jednego - coraz większego pragnienia, żeby On mnie znalazł, powiedział coś, uratował mnie... Zaczęłam więc mówić do Jezusa - o tym, gdzie jestem, jak bardzo Go potrzebuję, że tęsknię za Nim... Prosiłam Go, żeby był, żeby przyszedł. I Jezus przyszedł. Po prostu. Przyszła Miłość. Nie wiem, jak o tym mówić... Powstała taka pewność, że On JEST tuż przy mnie, że mnie kocha, że nie muszę się już bać. To było niesamowite przeżycie.

Później dowiedziałam się, ze tak działa Duch Święty. Znowu zaczęłam czytać Biblię, ale tym razem po to, żeby usłyszeć, co mówi Bóg, zaczęłam szukać sercem tego, który mnie kocha. Zobaczyłam siebie i swoje życie w perspektywie wieczności i zrozumiałam, ze On był, jest i zawsze będzie bez względu na wszystko i że ma na imię MIŁOŚĆ. To tak jakby podnieść długo zaciśnięte ze strachu powieki. Od tego czasu minęły dwa lata - dwa lata z otwartymi oczyma. Co widzę teraz? Widzę jak Jezus zmienia życie pełnej kompleksów samotnicy w codzienne doświadczenie Jego obecności i działania, jak uzdrawia chore emocje, troszczy się i błogosławi. Mój Pan cierpliwie uczy mnie tego, czego potrzebuję, aby stawać się coraz bardziej podobna do Niego. Zawsze wybacza, zawsze kocha. I nic nigdy tego nie zmieni. Ja wciąż się zmieniam - mój Mistrz był, jest i będzie ten sam - Mocny i Święty.

To, czego nie umiałam nazwać - moje najgłębsze pragnienie, owo nieokreślone "coś" - na zawsze już streszcza się w jednym słowie JEZUS.

Anka Simla

Copyright © 2010 www.baptysci.waw.pl. All Rights Reserved.